Postawiłem na chorą nogę

Dorota Wodecka

Gazeta Wyborcza nr 225/25.09.2009

- Iluzją jest wmawianie sobie, że to nie ciało jest ważne, tylko intelekt! Z tego niedbania o ciało bierze się potem nadmierne eksponowanie swojego intelektu. Agresywne i nieprzyswajalne dla innych. Doświadczam tego czasami w teatrach od aktorów, którzy manifestują swoją pozorną wyższość nad "panem od ruchawki". I odmawiają współpracy - mówi MIKOŁAJ MIKOŁAJCZYK, tancerz i choreograf.
Facetowi nie przystoi... słabość, która jest zrzucaniem odpowiedzialności. Za siebie, za własne nieodpowiedzialne decyzje... i narcyzm. Facet ma być facetem, a nie wpieprzać się w tę metroseksualność, a potem biadolić, że jest w odstawce
Rozmowa z Mikołajem Mikołajczykiem, tancerzem, choreografem [na zdjęciu na plakacie do spektaklu "Z tobą chcę oglądać świat"]:

Dorota Wodecka: Czy pan...

Mikołaj Mikołajczyk Nie zgadzam się na "pan". Jak ma być "pan", to ja wszystko wycofuję, bo zaraz zrobi się z tego uroczysta, nadęta trochę sytuacja. Rozmawiamy kilka godzin, jest luźno, a ty nagle z "panem" wyskakujesz. Wyobrażasz sobie, że ja obcej "pani" opowiadałbym swoje historie wszystkie? Przecież nie jestem jakimś tam frustratem. I nie rób też czasem ze mnie Billy'ego Elliota, bo to angielska historia. Ja jestem Mikołajem z Kutna. Z rodziny kolejarzy. Tata, dziadek i wszyscy wujkowie byli nimi lub są. Mama też przez chwilę pracowała jako kaowiec w kolejowym domu kultury. Geny podróżnicze mam wdrukowane w głowę, w ręce, w kręgosłup, w nogi, więc być może stąd ruch, taniec i potrzeba ciągłego przemieszczania się.

Bez powrotów do domu.

- Bez powrotów do domu, bo i gdzie? Nie czuję się gorszy od innych, dlatego że nigdzie nie mieszkam. Meldunek u przyjaciółki w Poznaniu, kartony z rzeczami w Kutnie u mamy. Śpię wszędzie, najczęściej u przyjaciół, czasem w służbowych mieszkankach teatralnych, cudacznych hotelach, dziwnych miejscach. Wszystko, co potrzebne, wożę w samochodzie. Ale zaczyna mnie to poważnie wkurwiać już.

Czyli co jest potrzebne?

- Trzy walizki ubrań, 200 płyt i komputer, na którym ich słucham. W nim mam zdjęcia. Jakby mi ktoś go ukradł, to pozbawiłby mnie pamięci. Innych pamiątek nie mam. Upominki otrzymywane po premierach od artystów, z którymi pracowałem, daję znajomym, a pluszowe miśki Loli.

Zabawka zamiast Mikołaja.

- Dała mi do zrozumienia, że ma dość tego cygańskiego życia. Dziewięć lat byliśmy razem, ale od niedawna jest u mojej przyjaciółki nad morzem. To dla niej matka zastępcza.

Trudno zbudować gniazdo w wozie Drzymały.

- A to tylko pod stałym adresem można się kochać? Ludzie sobie różnych rzeczy nie potrafią wyobrazić, ale kiedy spadnie na nich pożoga, to sobie wyobrażą. Choć właściwie wtedy nie ma już na to czasu, tylko trzeba znaleźć się w sytuacji, w jakiej się znalazło.

Jak po wypadku udało ci się wrócić do tańca?

- Długo nie wierzyłem, że to będzie możliwe. Dosięgnęła mnie kontuzja, która nie zdarza się praktycznie nigdy albo bardzo rzadko. Nie złamałem nogi, nie rozleciało mi się kolano, nie pękła łękotka, nie wymienili mi rzepki, kręgosłup się nie rozpadł, tylko rozwaliła się prawa pięta. Przesunięte nerwy zaczęły na siebie nachodzić. Operacja nie wchodziła w rachubę, ponieważ można naprawić jeden nerw, a przy okazji spieprzyć drugi. Wtedy kulałbym do końca życia. Za duże ryzyko. Mam za sobą osiem miesięcy rehabilitacji i walenia się młotkiem w głowę. Bo straciłem perspektywę. Zostałem zwolniony z Teatru Wielkiego w Poznaniu, bo moja nieobecność zdaniem dyrektora zdestabilizowała pracę zespołu. Kiedy straciłem pracę, straciłem mieszkanie w domu aktora. Nic nie miałem. To był dramat. Płacz, psychotropy, psychiatra, bo koniec i kariery, i tańca, i wszystkiego.

Czym jest taniec?

- Dla mnie jest życiem. Cokolwiek rozumieć pod tym słowem. Nic innego nie umiem. Po ośmiu miesiącach procesowania się z teatrem, depresji, niechęci do życia znalazłem na nie sposób. Postanowiłem tańczyć pod chorą nogę, na chorą nogę i dla chorej nogi. I pokazać, że taniec nie jest przynależny tylko młodym, zdrowym, silnym, zwartym i gotowym, ale również tym, którzy mają potrzebę sensownego wypowiedzenia się w jego języku.

Zrobiłem spektakl "Waiting", o czekaniu. Chora noga, niepotrzebny artysta, publiczność, która przychodzi i czeka na jakiś występ, i artysta, który też czeka.

Na co?

- Na wrażenia, na sukces, na to, że będą go kochać, nosić na rękach, zrozumieją, o czym myśli, marzy i co jest dla niego ważne.

Czułeś się kochany?

- Bogiem się czułem. Byłem przecież głównym solistą. Zygfrydem, Rotbartem w "Jeziorze łabędzim", Faunem w "Popołudniu Fauna", Albertem w "Giselle", tańczyłem królewiczów i tak też się czułem, bo pałac, bo władza, bo sława i że k... lekko odbija, na mózg oczywiście. To na mnie ludzie przychodzili do teatru. A potem przy ukłonach oklaskiwali mnie, rzucali pod nogi kwiaty z bilecikami z prośbą o spotkanie. Wyznawali w poetyckich listach, co czują, kiedy ja tańczę. Raz dostałem "Twierdzę" Saint-Exupery'ego, a w niej miłosno-ekscytacyjny list od kobiety.

Pamiętam dwie studentki. Cudne! Przychodziły na wszystkie spektakle, które tańczyłem, i zawsze kupowały bilety w pierwszym rzędzie, na środku. Bombardowały dział literacki prośbami o moje zdjęcia Pisały listy. Raz zgodziłem się, by je wpuszczono na próbę. I pewnie czar prysł. Bo prowadziłem ją, bynajmniej nie poetyckim językiem komunikując się z artystami.

Mężczyźni też przysyłali kwiaty?

- Bardzo często. I z butelką alkoholu w środku. Czasami tych wiązanek i koszy było tyle, że nie mieściły się w mieszkaniu. Stary w wiadrach, wbutelkach i flakonach, w wannie. Część suszyłem, ale nie powinno się suszyć kwiatów, bo to wróży nieszczęście. Było ich za dużo, więdły, zanim po bankiecie dowiozłem je do domu, więc przestałem je zabierać. Jeszcze na scenie odrywałem z nich bilety, listy i oddawałem swoim partnerkom. Dziewczynom zawsze jest miło, jak dostają kwiaty. A mnie było miło, że mogę im sprawić przyjemność.

Co czujesz, gdy tańczysz?

- Wolność. Bez względu na to, co robię na scenie, mam pewność, że nikt mi nie wejdzie i nie zacznie mieszać, przeszkadzać, ingerować. Czuję się wtedy jak papież - jestem jeden i nikt nie jest w stanie mi poprzestawiać niczego. Ten papież pociągał mnie zresztą od małego (śmiech).

Chciałeś być księdzem?

- Nie. Ja chciałem być papieżem! Zakładałem białe kiecki i babcine fartuszki i wykrzykiwałem, że nim zostanę. Wydawało mi się to możliwe, bo właśnie był nim Polak. Podobało mi się, że papież jest jeden jedyny. A ja jestem, jakby to delikatnie powiedzieć, egocentrykiem, egoistą bezczelnie zapatrzonym w siebie. Ciężko się ze mną żyje. Psycholog w podstawówce wydała na mnie wyrok: nie nadaje się do życia w grupie. I w zasadzie po tej ogłoszonej przed całą klasą diagnozie zacząłem się zamykać w sobie.

Czułem się upokorzony przed kolegami, a oni pamiętając, że pani psycholog powiedziała, że jestem lekko szurnięty, nie kwapili się do dawania mi szansy na wspólną zabawę. Dlatego zająłem się czymś, czym nikt inny się nie zajmował. Zacząłem tańcować.

W domu?

- Tak. Również bez muzyki. Otwierałem szafę z wielkim lustrem i kiedy nie było nikogo, tańczyłem. Albo się przebierałem w jakieś ciuchy, albo rozbierałem do naga. I już potem nigdy w życiu nie pozwoliłem sobie przy ludziach na takie osobiste tańczenie, jakie serwowałem sobie w dzieciństwie przy tej otwartej szafie. Matka widziała moją ekspresję i kiedy miałem dziesięć lat, posłała mnie do szkoły baletowej w Poznaniu. Wtedy wyprowadziłem się z domu na zawsze. Przyjeżdżałem z internatu co tydzień. Mama napisała mi oświadczenie, że jestem na tyle duży, by móc sam z wielką walizą jechać z Poznania do Kutna w soboty wieczorem, a potem wstawać o czwartej rano w poniedziałek i wracać na lekcje.

W "Waiting" tańczysz nago. To bardzo osobiste.

- Nagość jest moim kostiumem. Trudno było się rozebrać przed publicznością, ale to było konieczne. Każdy kostium zabiłby emocje, które chciałem przekazać. Poza tym każda trudna sytuacja na scenie jest lepsza niż ta łatwa. Oczywiście, że miałem z tym problem, bo nie jest specjalnie łatwo rozebrać się i pokazać gołą dupę drugiemu człowiekowi. Żyjemy w społeczeństwie, które nie gloryfikuje nagości, wręcz przeciwnie, stara się ją ubrać, zasłonić. Dlaczego ludzie nie chodzą na plaże dla naturystów, tylko ubierają się w te przebrzydłe pantalony?

Bo wstydzą się swego ciała.

- Nie! Bo nie dbają o to ciało. Gdyby podejmowali jakikolwiek wysiłek w stosunku do niego, byliby z tego tak dumni, że mieliby w dupie te normy społeczne i tradycje religijno-kulturowe, które każą się ubrać przy każdej nadarzającej i nienadarzającej się okazji. Nagość daje człowiekowi pewność siebie, ale w Polsce kojarzy się przede wszystkim z seksem i z pornografią. A pornografią jest skąpe, seksualne odzienie, a nie nagość. Nagość nie jest seksualna, ona odziera z seksualności.

Zauważ, jak ludzie się ubierają! Dobierają ciuchy pod to, czego nie akceptują w sobie. Chcą to zakamuflować i przedstawić się lepszymi, niż są. I powstaje pewna rozbieżność. Jeśli w takich bzdurach istnieje choćby mały brak samoakceptacji, to owe bzdury przekładają się na życie emocjonalne. Nie wierzę, że jak ktoś nie akceptuje swoich dużych bioder albo wiszącego brzucha, akceptuje nagle siebie. Iluzją jest wmawianie sobie, że to nie ciało jest ważne, tylko intelekt! Z tego niedbania o ciało bierze się potem nadmierne eksponowanie swojego intelektu. Agresywne i nieprzyswajalne dla innych. Doświadczam tego czasami w teatrach od aktorów, którzy manifestują swoją pozorną wyższość nad "panem od ruchawki". I odmawiają współpracy.

Dlaczego wyćwiczone, zadbane ciało jest ważne?

- Ćwiczenie fizyczne siebie samego powoduje, że robisz sobie porządek w głowie. Skoro wymagam od siebie fizycznej męczarni, to jestem w stanie więcej z siebie dać przy kontaktach z drugim człowiekiem. Jestem zdolny do pokonania większego wysiłku, do nieodrzucania go, nawet jeśli całkowicie mi nie odpowiada. Żyjemy w stadzie, musimy do pewnych norm nawet się przymusić. To daje dyscyplina. Jak człowiek pakuje w siebie byle co, to byle co mówi, byle jak się zachowuje, byle jakie fluidy z siebie wyrzuca, byle jakie jest jego życie.

Ja wiem, że coraz więcej ludzi chodzi na siłownię, ale to jest podyktowane presją mody. Kupuje się fajne adidaski, markową koszulę i jakieś krótkie gacie i to wszystko musi lśnić i być piękne. I w tych ciuszkach ci bogaci faceci podnoszą sztangi pod okiem prywatnego instruktora Gdyby naprawdę chcieli wyciskać z siebie poty, to te ich piękne koszulki po kilku razach nadawałby się do śmietnika. Więc nic z tej ich siłowni nie wynika. Brzuchy, jak były, są. Tak samo mętlik w głowie. Wszystko jest pozorne, byle jakie.

Denerwują cię ludzie niedbający o swoje ciało?

- Niestety, patrzę na to. I wytwarza mi się w głowie niepozytywna opinia o nich. Są zapuszczeni, bo nie pracują nad sobą. Wiem, wiem, to faszystowskie podejście.

A ty jak o nie dbasz?

- Codziennie rano 55 pompek za jednym zamachem i 400 brzuchów. Potem trochę ćwiczeń z jogi, trochę medytacji i dopiero wtedy prysznic na zmianę gorący i lodowaty. Tego potrzebuje mój moralny kręgosłup. Ja tego nienawidzę i rano śpię, ile wlezie, byle jak najdłużej odciągnąć moment tych pompek. Ale jeżeli ich nie zrobię, to cały dzień będę miał do niczego. Bo wiem, że skoro sobie odpuściłem tutaj, to odpuszczę sobie tu i tu, i tam, i cały dzień sobie odpuszczę.

A na ubiór też patrzysz?

- Oczywiście. Ciuchy pokazują charakter człowieka. Źle je dobierzesz, to znaczy, że jesteś niechlujem życiowym. Nawet ci, którzy robią z tego jakiś atut, to dbają, by był to porządny atut. Ich byle co nałożone na siebie wygląda jak park w stylu angielskim. Wydaje nam się, że zaniedbany, a wymaga większej pracy niż park francuski, gdzie wszystko jest cacy. Ubranie z pewnością określa pozycję w grupie. Biznesmen w krawacie ma pozycję, władzę, siłę itd. Ten w łachmanach nie radzi sobie, nie ma kasy. Ubranie narzuca pewne myślenie o człowieku, umiejscawia go w jakiejś sytuacji. Oczywiście dla mnie najważniejsza jest indywidualność. Stąd ta czapka na mojej głowie. Ale ona nie przystoi fecetowi.

Ludzie się na mnie gapią. Lubisz, jak się gapią?

- Na scenie tak. W życiu absolutnie nie! Kiedy idę do knajpy, siadam w rogu i czytam gazetę. W dyskotece też siadam w kącie, a jeśli już tańczę, to zamykam oczy, żeby nie patrzeć na reakcje innych. Być może się śmieją: o, stary rupieć wywija i chce pokazać, że potrafi. A mnie chodzi o wyrzucenie emocji. Umiem to robić tylko przez taniec. Poza sceną jestem dzikim, trochę wycofanym facetem. Raczej życiowym nieudacznikiem.

Co jeszcze nie przystoi facetom?

- Słabość, która jest zrzucaniem odpowiedzialności i winy na innych. Za siebie, za własne nieodpowiedzialne decyzje.

A narcyzm przystoi?

- Narcyzm to kolejna moda wśród facetów. Moda na metroseksualność. Gość chce być przesadnie zadbany, lekko zmanierowany, wpisujący się w trendy lekkiego zblazowania, sztucznego luzu.

Okropne.

- No, okropne. Facet ma być facetem, a nie wpieprzać się w tę metroseksualność, a potem biadolić, że jesteśmy w odstawce, bo kobiety chcą rządzić i chcą parytetu, na który ja się nie zgadzam.

Dlaczego się nie zgadzasz?

- Bo ustawowe nakazy zwykle przynoszą efekt odwrotny do zamierzonego. Wolałbym, żeby kobiety same się pchaty do władzy i polityki, same walczyły i wygrywały w wyborach, niż żeby miało to wyglądać jak za komuny. Mamy już za sobą etap list krajowych. Nieważne, jak wiara głosowała, lista krajowa i tak musiała przejść. Ten ustawowy parytet pachnie mi niedemokratycznym sposobem myślenia.

No, ale faceci są słabi. Sami oddają pola kobietom w domu, w pracy, w życiu. Kobieta jeszcze wciąż musi walczyć, żeby wykazać, że jest lepsza od faceta, a faceci sobie walkę odpuszczają. Nie chce im się udowadniać swojej przydatności.

Może to wina kobiet?

- A kogo? Tylko kobiet!!! Walczycie z facetami ostatnie sto lat o to samo i się wam nie nudzi? Chcecie pracy - macie, chcecie szkody - macie, chcecie wolnego seksu - macie, nie chcecie gotować - macie, nie chcecie niańczyć dzieciarów -macie, chcecie rządzić - rządźcie sobie, ale walcząc w wyborach uczciwie! A nie, wam się nagle parytetów zachciewa!

Nie odpuszczamy. A ty czego sobie nie odpuszczasz?

- Wolności. Jestem starym kawalerem z wyboru. Bo w miłości trzeba siebie samego ograniczać i poświęcać dla drugiej osoby. Trudna jest taka autokontrola, podejmowanie decyzji nie tylko z myślą o sobie, ale także o kimś. Trudne jest też takie zaprogramowanie życia, by było ciekawe nie tylko dla mnie.

I myślenie, że kiedy idziesz kupić cukinię, bo lubisz, to musisz jeszcze kupić bakłażana, bo twój facet cukinii nie lubi.

W czym trudność?

- Jezus Maria, czy ja mam za mało problemów w życiu?! Jeszcze będę o cukinii myślał i o bakłażanie? Ja nie chcę się dzielić kotletem! Oczywiście gdybym był z kimś, tobym na pewno go przekroił na pół, ale dzisiaj jestem bardziej próżnie nastawiony do życia. Nie konsumpcyjnie, tylko próżnie. W zasadzie to wszyscy mnie drażnią. Nie mogę z nikim zjeść śniadania, muszę sam wypić poranną kawę, przeczytać gazetę i nikt mi się nie może wtrącać w to, co chcę robić. A ponieważ lubię gotować, szlag mnie trafia, gdy niektórzy próbują mi pomóc w kuchni. No, jak widzisz, zawsze wszystko jest nie tak.

I jeszcze do tego zbyt kocham swoją pracę. A jak facet bardziej kocha swoją pracę niż cokolwiek innego, to powinien być kawalerem.

Miałem w związkach problemy z tego powodu, że praca zawsze była najważniejsza. Nie chodzi o to, że wracałem późno do domu, tylko cały czas o niej mówiłem i wszystko było jej podporządkowane. Nawet słuchanie muzyki, która mnie miała natchnąć i inspirować do zrobienia spektaklu. Wyjście do znajomych też miało podładować moje akumulatory. Rozumiesz już, że muszę być sam?! Teraz sam odpowiadam za siebie, nie muszę się rozliczać, nie muszę na nikogo zrzucać swoich niepowodzeń, jestem na tyle silny, że potrafię na siebie wszystko przyjąć. Oczywiście pomagają mi ludzie, ale odbywa się to na zasadzie wzajemnej, obopólnej korzyści.

Nie myślisz o przyszłości?

- Wyobrażam sobie przyszłość na jutro i na pojutrze. Na popojutrze już nie planuję. Fajnie jest pewnie mieć dom, psa, choć ja moją Lolę musiałem oddać, wypić spokojnie kawę, ale tego nie będę planował. Wolę być mile zaskoczony niż niemile rozczarowany. Choć wątpię, czy miłość jest dla mnie. Bo najlepszą osobą do życia ze mną byłoby moje odbicie w lustrze. Odzywa się we mnie ten papież z dzieciństwa. Nie potrafiłbym komuś zawierzyć. Bałbym się.

Ale przecież zawierzyłeś.

- Mój pierwszy związek trwał przeszło osiem lat. Moja miłość miała wszystko to, czego ja nie miałem: spokój, wiedzę, dobry gust. Przy niej nauczyłem się podziwiać i kochać architekturę. I słuchać muzyki. Wyrzuciła mi wszystkie kasety z moją muzyką filmową. Ckliwa była, przyznaję. I przez pół roku słuchaliśmy tylko barokowej, do śniadania, do obiadu, do kolacji, nawet w drodze do pracy. Po tej półrocznej utajonej edukacji muzycznej zacząłem sam z siebie słuchać jazzu. No, ale się skończyło, wypaliło. Spakowałem manele, napisałem długi pożegnalny list i znajomi pomogli mi się przeprowadzić. Nie przeprowadziłem się oficjalnie, tylko po prostu uciekłem po kryjomu.

Tchórzliwe.

- Przyznaję. Ale widzieliśmy się później, niejedną wódkę wypiliśmy i nie było smrodu na dalsze lata. Jeśli cię to pocieszy, też zostałem potraktowany przez moją kolejną miłość tak, jak ja potraktowałem pierwszą. To był burzliwy związek. Ten sam wiek, zainteresowania, czyli architektura, plastyka, taniec i teatr, więc mogliśmy się uzupełniać. Ale przede wszystkim się ścieraliśmy codziennie, co jednak wydawało mi się budujące, twórcze. A po czterech latach w najmniej oczekiwanym momencie usłyszałem: koniec. Bo jest za dobrze, za idealnie i lepiej samemu to rozwalić, niż czekać, aż się samo rozwali. Targnąłem się wtedy na własne życie, nie mogłem się z tym rozstaniem pogodzić.

A potem jeszcze dwa inne związki i drastyczne łapanki miłosne, ale to wszystko jest na dwóję. Więc uznałem, że nie będę sobie miłością głowy zawracał. Ale zrobiłem o niej spektakl na podstawie "Kroniki niezapowiedzianej śmierci". Spektakl o miłości, która nigdy się nie zdarzyła. Bo skoro się skończyła, to znak, że jej nie było.

Nie boisz się, że na starość zostaniesz bez tańca i bez rodziny?

- Tańczył będę nawet z ośmioma dychami na karku. W tańcu nie chodzi tylko o sprawność techniczną czy fizyczną. Równie dobrze mogę samymi palcami tańczyć, tworząc taki koncept, że cała uwaga widza skupi się na nich. Nie potrzeba odrywać się od ziemi pół metra, by zatańczyć. A rodzina? Na razie nie chcę o tym myśleć. Praca jest cudownym lekarstwem na niemyślenie. I wystarcza mi to, że kiedy rozpoczynam pracę z aktorami, to oni przez kilka dni oponują, a potem nagle w bufecie pytają mnie, kiedy zrobimy rozgrzewkę. Czuję wtedy, że to, co robię, robię dobrze, że wypełniam sobą każdą przestrzeń. Oczywiście, że czasami doskwiera mi samotność, ale skoro nie nazywam jej po imieniu, to jest tak, jakby jej nie było. Poza tym nie mam czasu na rozmyślania. W ubiegłym sezonie teatralnym zrobiłem 11 premier. Ledwo zaczął się ten sezon, już przygotowuję trzy rzeczy naraz.

Nie chciałbyś mieć dziecka?

- Kiedyś chciałem. Ale to by było nieodpowiedzialne. Jak ten dzieciak byłby odbierany na podwórku? W szkole? Nie wyobrażam sobie. I jak miałby do mnie mówić? Wujku? Przecież ja musiałbym być ojcem, a mój partner drugim ojcem, a taka sytuacja jest nieakceptowana przez społeczeństwo. Czyli podejmując się wychowania dziecka, nie mógłbym zagwarantować mu bezpieczeństwa, czyli takiego komfortu, jaki mają dzieci z rodzin heteroseksualnych. Ale dopasowałem się do życia w naszym społeczeństwie. Równie dobrze mógłbym wyjechać do Szwecji czy Holandii i tam pewnie byłoby mi łatwiej, tylko że ja urodziłem się tutaj, jestem bardzo mocno związany z tym krajem, bardzo mocno reaguję na nasze różne uniesienia narodowo-historyczne. Poza tym uważam, że życie w społeczeństwie jest wynikiem kompromisu jednostki wobec całości i nie wydaje mi się sensowne narzucanie innym swoich pragnień niemożliwych do zrealizowania.

Nie boisz się przyznać, że jesteś gejem?

- Ale ja o tym mówię głośno. Kiedy zaczynam pracę w teatrze, od pierwszego dnia staram się, żeby wszyscy wiedzieli, z kim mają do czynienia. Żeby była jasna sytuacja. Bo jeśli ktoś miałby problem z akceptacją geja, to mielibyśmy problem w pracy. Nigdy ich nie było, ale może moja szczerość onieśmiela? Może gdybym nie mówił, to w bufecie na zasadzie sensacji ludzie szeptaliby "Ten to pewnie jest pedałem", a tak nie ma nawet powodów do plotek.

A jakby szeptali, to co?

- W zasadzie nic. Dopóki ktoś nie podejdzie i nie przywali mi w mordę, to niech sobie gada. Na tym polega demokracja. Tylko u nas jakieś proporcje są zachwiane, bo nie ma akceptacji dla poglądów innych niż jeden słuszny. To dziwnie wyimaginowana wolność i tolerancja, jeśli nie daje się prawa do krytykowania gejów. Każdy ma prawo nie lubić innego człowieka. Gdybym powiedział, że cię nie lubię, bo jesteś ruda, nie oznacza to, że zaraz wezmę maszynkę i ci te włosy zgolę. Mogę chyba wyrazić pogląd? Trochę nie ufamy demokracji, bo wszystko stawiamy na ostrzu noża. I zamiast żyć obok siebie i z różnymi poglądami, traktujemy nasze różnice jako przyczynek do wojny. Skoro mamy różne poglądy, to od razu musimy sobie dać po ryju. Po co?!

Dałeś kiedyś komuś?

- Nie. Ale zazdrosny jestem. O to, że mogę nie być perfekcyjny, że mogę nie być najlepszy. I kiedy Mirek ode mnie odszedł, to myślałem, że widocznie nie byłem najlepszy. Szukałem winy w sobie. A ja nie znoszę, że coś może być ciekawsze ode mnie. Wiem, że to bezczelne, a jednocześnie prawdziwe.

Zdradzałeś?

- Starałem się nie zdradzać. Ale cały czas się spotykam z nielojalnością. W pracy, w życiu. Pewnie dlatego podchodzę z kijem do życia i do ludzi. Czuję się wtedy bezpiecznie. Wolę tak, niż wypinać tyłek i czekać, kto kopnie.

Mikołaj Mikołajczyk
wieloletni solista Teatru Wielkiego w Poznaniu, były członek zespołu Wrocławskiego Teatru Pantomimy i Polskiego Teatru Tańca. Tańczył na scenach w Karlsruhe i Berlinie. Współpracuje z teatrami dramatycznymi, tworząc ruch m.in. do spektakli: Piotra Kruszczyńskiego, Mai Kleczewskiej, Barbary Wachowicz, Adama Hanuszkiewicza, Mikołaja Grabowskiego, Michała Borczucha, Grzegorza Jarzyny, Krzysztofa Warlikowskiego. Wyreżyserował tryptyk: "Waiting", "Z tobą chcę oglądać świat" i "Plaisir d'amour". Ma 40 lat i psa Lolę.

"Postawiłem na chorą nogę"
Dorota Wodecka
Gazeta Wyborcza nr 225/25.09.


Designed by Web Design Sinci Powered by Warp Theme Framework