Waiting

Jadwiga Majewska

Didaskalia Gazeta Teatralna, nr 79/80 2007

Idąc
opuszczam powietrze,
a ono
wsuwa się za mną

Czarna podłoga sceny z jednym białym pasem. Półmrok, na białym kawałku podłogi stoi w głębi sceny krzesło, na nim siedzi nagi mężczyzna. Jeszcze nie mamy pewności czy jest zupełnie nagi, jeszcze zwodzi nas mrok i wstrzymuje pruderia. Punktowe światło wywołuje więcej szczegółów, teraz już wiemy na pewno, że jest – zupełnie i tylko - sobą. Golas, golas!

Mikołaj MikołajczykAle czy nie można również krzyknąć – „Oto człowiek!”? Stoi przed nami człowiek w całej swej okazałości, za jakieś 60 minut dowiemy się, że w całej marności również. Mikołaj Mikołajczyk w swoim „Waiting” pokazuje to, co zwykle nie pokazywane, a przecież, jak tego za moment doświadczymy, pokazywalne. On pokazuje nam (jednak „nam” właśnie) swoje wszystko również dlatego, że nic przed nami nie ukrywa – dosłownie i w przenośni – obnaża się, ukazując najintymniejsze szczegóły i odsłaniając skrywane zazwyczaj tajemnice... Nie, nie sekrety ciała po prostu, ale sekret dochodzenia do technicznej doskonałości. Bo przecież patrzymy na nagiego – tancerza! Oto gra on tutaj (dla nas) coś, co zazwyczaj się (przed nami) skrywa – jego zakulisowy warsztat staje się rolą w spektaklu o spektaklu. Wydaje się, że Mikołajczyk manifestuje nie tyle siebie prawdziwego, co raczej mówi: patrzcie, jestem prawdziwie (paradoks teatru?) grającym „siebie”. Tak jak nagi człowiek z rysunku Leonarda da Vinci stoi (też nie ukrywając swoich „private parts”) przed nami w lustrze człowieczeństwa. I w chwili, kiedy zaczynamy na niego patrzeć, to „naprawdę” jest prawdziwą kreacją artysty, który na naszych oczach z siebie intymnego przemienia się nieomal w alegorię tańca – w Tancerza. Decyzja, i odpowiedzialność za nią, leży po stronie widza; to od nas zależy, czy jego nagość będzie tylko pozersko banalnym i niesmacznie prowokacyjnym udawaniem, czy stanie się ona ikoną ludzkiej formy.

Podnosi się z krzesła i zmierza po przekątnej do krawędzi sceny. Kładzie się tyłem, pięknie upozowany, z ręką wyciągniętą w naszą stronę, czeka. Nadchodzi muzyka, bogate partie smyczkowe i wyraźny kontrabas. Po dłuższej chwili tancerz, ciałem wciąż nieruchomy, zaczyna jednym palcem wyciągniętej ku nam ręki, szarpać niewidzialne struny instrumentu. I od tego jednego palca zaczyna się spektakl. Można by właściwie powiedzieć, że zaczyna się wszystko to, co przed spektaklem. Tancerz obchodzi scenę dookoła, dokładnie, systematycznie. Najpierw zwyczajnie, później na zewnętrznych krawędziach stóp, potem na wewnętrznych. Już domyślamy się, że teraz przyjdzie pora na pięty i palce. Jak na rytmice w przedszkolu, jak w sali ćwiczeń. Wszystko po kwadracie sceny, z wiadomym, jasnym punktem zmiany na białej podłodze. Po rytmice pora na coś trudniejszego. W lewym tylnym kącie sceny umieszczony jest la barre – drążek, codzienne narzędzie tortur tancerza. Będziemy świadkami baletowej rozgrzewki. Wszystko jak należy, po kolei: pozycja pierwsza - premiere..., piąta - cinquieme... Rozgrzewka staje się coraz bardziej intensywna: rond de jambes, plier, etendre, relever... Słychać przyspieszony oddech, czasem prychnięcia, sapnięcia, ciężkie westchnienia. Tancerz zaczyna się pocić, oblewa się potem, jest ciałem wyjętym z cieczy. Cały czas mięśnie maksymalnie napięte, nabrzmiałe żyły, plecy proste (pamiętaj o plecach!), ręce zawsze wracają do wyjściowej pozycji. Buntuje się czasami, jest wściekły, traci siły i ochotę. Ale trwa to tylko mgnienie, po czym znów zabiera się do ćwiczenia, niewoli się, zmusza się do... czego?

Mikołaj MikołajczykZmęczenie sięga zenitu. Muzykę zastępuje przyspieszone bicie serca. Zaciska zęby, pora na Środek – drugą połowę lekcji baletowej. Znów zaczyna niestrudzenie, teraz już idealnie, jak trzeba, bez poprawek. Pot z niego spływa, ale po to przecież się właśnie rozgrzewał, by teraz lekko i bez wysiłku (bez wysiłku!?) dać efektowny, klasyczny pokaz... zwycięstwa. Rytm serca miesza się z muzyką, po chwili, zmęczony do granic, nie wytrzymuje, siada na krześle, odpoczywa, wyrównuje oddech, uspokaja się. Muzyka zmienia się, z harmonijnej strunowej melodii przechodzi w drażniące dźwięki jakby ostrzonych noży, rozdzierających powietrze i uszy, nieskładne, rozbiegane, nieharmonijne jęki. Wstaje, staje na środku sceny i znów zaczyna! Taniec jednak nie jest już taki jak na początku, czysty, dokładny, przewidywalny. Zdobył się wreszcie na odwagę, zbuntował się, próbuje przełamać formę i ograniczone estetycznie piękno klasycznych układów. Jego ruchy są teraz gwałtowne, urywane, powykręcane, kolana i plecy (plecy!) zgięte. Ręce w bok panicznie zagarniają powietrze, głowa nerwowo kręci się, pociągając za sobą całą górną część ciała, wygina się, faluje, gwałtownie zmienia płaszczyzny ruchu... I ciągle ta niespokojna głowa - oby nie skończył jak Niżyński!

Mikołaj MikołajczykWytrenowane ciało potrafi właściwie wszystko, ale przywykło do starych, sprawdzonych, klasycznych form. Ucieczka z więzienia codziennych ćwiczebnych tortur nie udaje się w pełni. Nie, nie da się tak gwałtownie przestać... być tancerzem. Znów więc zaczyna dreptać dookoła, uspokaja mięśnie, oddech i wzburzoną duszę. Tak czy inaczej – koniec z klasyczną harmonią baletu! Na koniec bierze mikrofon, i z kartki, w duecie z kobiecym głosem z playbacku, śpiewa, a właściwie wydziera się, wydziera z siebie wersy. Fałszując niemiłosiernie wyśpiewuje jednak do końca cudze słowa (jak cudze gesty) o ciągłym powracaniu, kręceniu się w kółko, chodzeniu po swoich śladach, powtarzalności, przemijaniu. Po czym wybiera z widowni dziewczynę i sadza dokładnie na swoim miejscu, na białym paśmie podłogi, w głębi. Sam, siada przed dziewczyną, tuż przed widownią. Światło gaśnie, ograniczając swój zasięg do białego pasa, potem już tylko do siedzącego, jak na początku, nagiego mężczyzny.

Wyciemnienie, tancerz schodzi ze sceny, a my zostajemy z dziewczyną z widowni na scenie i z obrazem nas samych wchodzących na spektakl, rzuconym na ceglaną tylną ścianę. Widzowie wchodzą, siadają, rozmawiają. Patrzymy sami na siebie i na dziewczynę, siedzącą w cieniu i patrzącą na nas patrzących na scenę. Tancerz już skończył. Kibicowaliśmy jego wysiłkom, patrzyliśmy na niego. Teraz on ma prawo powiedzieć – chodźcie spróbować.

Jadwiga Majewska – Absolwentka religioznawstwa UJ. Publikuje artykuły na temat tańca, religii i sztuki, głównie w Znaku i Teatrze. Uczestniczka wielu mistrzowskich warsztatów tanecznych w Polsce i Stanach Zjednoczonych

Designed by Web Design Sinci Powered by Warp Theme Framework