choroba

Na warszawskim Muranowie przykuty do łóżka od dwóch dni leżę. Jakoweś grypsko okropne nie daje mi spokoju. Duszę się, pocę przeraźliwie, budzę często w środku nocy i kaszlę jak opętany, skończony gruźlik. Tracę siły, oczy zrobiły się czerwone jak przysłowiowe babcine oczy czerwonego kapturka co mówią, że chętnie pożrą to i owo. Majaczę. Prześladują mnie spiski, źli ludzie co czyhają, co chcą zrobić mi krzywdę. W koło cisza. Taka dzielnica wspaniała jest. A tym czasem wyobraźnia działa z jeszcze większą determinacją. Oskarżam już wszystkich nie szczędzę nikogo. Powoli zaczynam mieć wątpliwości czy to jeszcze majaki, wytwory wyobraźni czy to już zaczyna być prawda.

Wczoraj przyjechał kolega z zakupami, bo lodówka pusta a jeść trzeba. Pręga wołowa, włoszczyzna i makaron. Rosół gotowy. Zawsze pomaga na wszelkiego rodzaju osłabienia. W chorobie przede wszystkim. Pewnie powtórzę to rosołowanie jutro jeszcze, dobrze mi zrobi. Może majaki gorączkowe miną. Bardzo mi było miło, że w tej całej zawierusze chorobowej znalazł się ktoś, co uratował, co pocieszył, co wspomógł, co rozweselił, co nakarmił. Mimo to wciąż w tej Warszawie czuję się obco i samotnie jednak, mimo że dookoła mnóstwo znajomych... a jednak ja nie stąd jeszcze nie stąd.

Parę dni temu byłem z Małgosią w Operze Narodowej na TROJANACH nie ukrywam, że bałem się cholernie. Z kilku powodów. Po pierwsze nie lubię chodzić na premiery, bo tutaj w stolicy takie to wszystko napuszone jest i oczekiwania nierealne i publiczność zblazowana no i mnóstwo znajomych co lepiej ich w takich miejscach nie spotykać bo zaburzą odbiór dzieła. A po drugie czas trwania opery 5 godzin nie powodował we mnie jakiegoś nadmiernego entuzjazmu, ze względu na mój kręgosłup oczywiście. Nie mogę w miejscu wysiedzieć w spokoju tak jakoś zawsze napierdala i boli potwornie, pewnie innym to moje wiercenie musi przeszkadzać zawsze. Ludzie mili są jednak nie zwracają uwagi, a może nie chcą zwracać. Nieważne. Opera w trzech aktach, czyli dwie przerwy, pomyślałem, że wytrzymam. I o dziwo z aktu na akt czułem się dowartościowany co raz bardziej.

Pierwszy akt, przyznać trzeba, był dla wytrwałych nieznośna scenografia z kostiumami, wszystko na scenie poruszało się jak w klasycznej nudnej magmie. Kasandra świetna! W drugim to wszystko co drażniło poprzednio urosło do monstrualnego przesłodzonego kuriozum operowo cyrkowego. Aż w końcu w trzecim akcie cała ta dziecinna kiczowata wizja nabrała kolorów urosła do inteligentnej i pięknej poetyckiej puenty. Jednym słowem uczta wspaniała. Kręgosłup odpoczął, a przynajmniej nie dawał o sobie znać jak ma w zwyczaju. Nie zawiodłem się na znajomych, oczywiście, wspaniałych artystach warszawskich co o sztuce gadali jakieś kompletne bzdury, że wtórne, że przaśne, że w operze nie wypada, że pomysły z dupy i że w chuj sami robią lepszą rzeczy, bo poważne pewnie, tak na prawdę, bez oddechu dla widza. Co poniektórzy dali wyraz dając nogę nie czekając końca. Tak więc ja nie stąd jeszcze, słynna warszawka jest jeszcze nie w moim zasięgu, jeszcze mnie tam nie ma i jak najpóźniej niech się to stanie, jeśli się musi stać.

Zaraz po wydarzeniach warszawsko - operowych, zbudowany w swojej niezależnej strukturze osobowościowej ruszyłem w świat co by podzielić się z innymi co czuję i o czym myślę. Centrum Kultury ŻAK w Gdańsku zaprosił mnie ze spektaklem Z Tobą chcę oglądać świat. Jechałem do Gdańska jak na skazanie. Ostatni raz byłem tam trzy lata temu i jak pamiętam nie był to najszczęśliwszy moment w moim życiu. Pracowałem wtedy z Bogną Podbielską w Teatrze Wybrzeże nad Portretem Doriana Greya. Trzy miesiące ciężkiej pracy, która poszła na marne. Nie dogadaliśmy się z dyr Orzechowskim i na kilka dni przed premierą musiałem opuścić Gdańsk potępiony i skompromitowany na zawsze jak myślałem wtedy.

Teraz powrót wydał mi się podwójnie ciężki. Na szczęście wszystko w Żaku poszło dobrze. Spektakl poszedł dobrze, publiczność była wspaniała. Jak każdy artysta marzę żeby przyjęcie było pozytywne, a tam przeszedłem swoje wyobrażenia. Cisza po spektaklu i taka długo nieskrywana niechęć do bicia braw do aplauzu. Przerażające jak na pierwsze wrażenie, a potem rozmowa z publicznością, wow cóż to za rozmowa była taka osobista emocjonalna porywająca. Warto żyć! Coś zostawiłem i coś dostałem, jednym słowem odczarowałem Trójmiasto mogę tam wracać bez traumy Orzechowskiego z Wybrzeża. Oczy mi się kleją z gorączki wracam majaczyć dalej o Trojanach o Żaku o warszawce i o tych wszystkich złych co mogą mnie serdecznie pocałować w dupę.

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

Designed by Web Design Sinci Powered by Warp Theme Framework