wielki tydzień

Nastrój Wielkiego Tygodnia, spowodował ten Czas właśnie. Powracam jako ten syn marnotrawny do pracy, do pracy nad sobą. Zaczynam od bloga, który tu zaniedbałem okrutnie i haniebnie. Opuściłem i porzuciłem zarazem. Wielokrotnie próbowałem pisać, kontynuować zaczęte tematy i sytuacje. Jednak zawsze sprawiało mi to nieopisaną trudność. Zmusić się za każdym razem zmusić się, pisać i pisać. Za każdym razem uciekałem. Jak zwykle mam jednak poczucie winy, rozpoczętej i nieskończonej roboty.

Często spotykam się z uwagami kolegów, że nie kontynuuję bloga. Maciuś i Adela krzyczą na mnie, że nie mają co do poduszki czytać. Pewnie sobie humor poprawiają czytając moje przemyślenia. Myślą sobie, że mają spokojniejsze i normalniejsze życie i że nie narzekają i nie rozdrapują ran krwawiących i zapomnianych już dawno tematów, jak ja.

Teraz postanowienie na WIELKI TYDZIEŃ....ruszam do boju i piszę. Dosyć cholera wiszenia na telefonie i zawracania dupy przyjaciołom. A niech sobie poczytają i zrelaksują się przy okazji.

Cały rok ostatni to pasmo udręk i sukcesów zarazem, wszystko naraz się działo. Zmian było tyle co w ruskim cyrku. Kołomyja do góry dupy. Przede wszystkim poznałem Grześka. Ot tak przypadkiem, w pedalskim burdelu. Nad ranem, po pijaku, tzn. byłem nachlany jak meserszmit, leżałem na barze. Podchodzi koleś... ładny. Czarne oczy, czarne włosy, w ogóle cały jakiś taki czarny. Zamawia wiśniówki, mimo moich protestów, po prostu nie mam już w co lać, a jednak piję. Nie odmawiam. A potem taxówka i poranek w nie swoim domu.

Mam kaca, jestem przestraszony...krzyczę. Wystraszyłem się. A to wódka tylko i nierówno pod sufitem. Oczywiście potem był sex, śniadanie i całe to zamieszanie związane z nową sytuacją, jak się potem okazało całkiem przystojną. Wciąż męczył mnie ból głowy. Jednak postanowiliśmy się umówić na randkę, taką porządną z wyjściem do kina, na serio.

Nie ma co ukrywać, spotkanie odbyło się jeszcze w tym samym dniu, kilka godzin później. Wciąż oszołomiony resztkami alkoholu i podniecony na nowe wyzwania. Było lekko sztywno i niezręcznie, a jednak...zaskoczyło. Rozmowa się nie kleiła, ale chłonąłem go wzrokiem. Wydał się być piękny i wyciszony. Byłem szczęśliwy. Smakowałem każdy jego ruch, każdy gest ciała. Szalałem chwilą, byłem ogłupiały. A potem rozstania on do Irlandii i Francji ja do Opola i Wrocławia. Wisieliśmy na telefonie, dosłownie. Dziesiątki smsów, a tam czysta poezja miłosna w przeróżnym stylu, słowem jak zawsze w takim przypadkach. Słodka i okrutnie nieprzyzwoicie nieznośna, jednak smakowała.

Tak bardzo przyzwyczailiśmy się do tego życia na odległość, że nie zdążyliśmy się sobą nacieszyć, okres zakochania minął nie wiadomo kiedy, stało się to nieprawdopodobnie szybko, zbyt szybko.

Staliśmy się starym, dobrym małżeństwem. Ja rzuciłem alkohol, co by nie robić głupstw. Chciałem coś zmienić w swoim życiu, a jednocześnie dać sygnał, że coś wnoszę nowego, wartościowego. Zmieniłem się, ustatkowałem, mogłem poświęcić się pracy i nowemu życiu.

Czy warto było?? Chuj to teraz roztrząsać, ważne, że wtedy tak czułem. Było mi dobrze, siedziałem w domu, gotowałem, robiłem zakupy, sprzątałem. Nosiło mnie strasznie, wciąż miałem ochotę na wyjście na wódkę, czy do sex klubów, gdzie miałem mnóstwo znajomych i wiele radosnych i perwersyjnych zdarzeń. Bolało, to całe stare życie, ale cel był wyznaczony.

Przyszło nowe, niezapowiedziane co prawda, ale jednak chciałem tego, bardzo. Walczyłem ze sobą i swoimi słabościami, wydawało mi się....że warto, warto, warto!!!!

Grzesiek pomagał mi jak mógł najbardziej. Nie pił przy mnie, wspomagał na każdym kroku. I tak sobie żyliśmy nudno i domowo całe miesiące. Praca, dom, kino, teatr, spotkania ze znajomymi, dzień podobny do dnia następnego, w zasadzie przewidywalne życie. A jednak smutek zagościł w naszych domach. Mieszkaliśmy oczywiście asekuracyjnie każdy w swojej chacie, a w zasadzie najpierw u mnie potem u niego.

Tak naprawdę przeprowadziliśmy się na stałe do Grześka, gdyż jego przyjaciółka powiedziała o złej energii mojego domu. Potem ta zła energia rozszerzała się na inne dziedziny mojego życia, w jej przekonaniu, oczywiście. Ingerowała na każdym kroku w nasze życie, w przekonaniu, ze chroni swojego przyjaciela. Za każdym razem mówiła co robić i jak robić. Wyskakiwała z szafy, z garnków, spod prysznica, nawet w naszym łóżku miała swoje wygodne miejsce, z którego obserwowała i wystawiała oceny.

Żyłem pod presją sesji egzaminacyjnej. Zdawałem, zdawaliśmy, choć muszę przyznać z coraz gorszymi ocenami. Oczywiście z mojego powodu. Zabierałem jej wygodne i przewidywalne życie. Chciałem być szczęśliwy i kurwa nie udało się. Wkradły się do naszego życia konflikty, pełno konfliktów. Do rangi problemów urosło to że jem mięso że nie medytuję w sekcie zwanej Szambala, że nie terapeutyzuję się i że jestem jakiś inny, pewnie artysta. Samotny, do kontroli nieprzydatny. A mimo wszystko szło do przodu to nasze w trójkę życie, choć nie ukrywam, w coraz większym napięciu, w cieniu awantur i kłótni.

O co one były?? Nie wiem do dzisiaj ale najczęściej dotyczyły dupereli nic nieznaczących, jednak urastających do rangi wojennych potyczek bitewnych. Szanowna przyjaciółka pojawiała się w naszym życiu coraz częściej i częściej, wciąż nieodzowna ratowniczka dusz ludzkich. Wkurwiało mnie to okrutnie. Czasami nie potrafiłem pewnie i jasno wyartykułować swoich leków i obaw, kluczyłem i zamazywałem swoje przemyślenia. Stawałem się opryskliwy i nieposłuszny, warczałem na ludzi bez żadnego uzasadnienia, raniłem kogo się da, najbardziej Grześka. Widziałem jak ucieka, jak się zamyka w swojej pustelni jak cierpi a smutek zagościł na jego twarzy już na dobre.

Potem były jeszcze próby ratowania naszego pożycia szczęśliwego we trójkę, jednak już nic nie pomagało. Staczaliśmy się w naszym wspólnym smutku coraz niżej i niżej.... aż do piekła. Byliśmy razem a tak naprawdę osobno, zazdrośni o siebie na śmierć i życie. Uciekaliśmy od siebie byle dalej i dalej w swoje bezpieczne, wcześniej znane nam światy.

I raniliśmy się. Krew lała się strumieniami, zalewaliśmy nią siebie nawzajem i przy okazji wszystkich dookoła. Staliśmy się dla siebie nieznośni i okrutni. Ja uciekałem w pracę, Grzesiek w te swoje sekciarstwo szambalowe.

Niespodziewanie zacząłem tracić grunt pod nogami. Wszystkie wcześniej umówione i przyklepane propozycje zadań teatralnych odpadły, stałem się bezrobotny i bez pieniędzy.

Oszalałem. Dla Grześka stałem się nie do zniesienia. Awantura goniła awanturę. Rozstaliśmy się. Nie mogę zrozumieć, że nie umieliśmy razem walczyć, nie znaleźliśmy wspólnego języka, wtedy, właśnie wtedy. Nie ratowaliśmy się. Olaliśmy sprawę. Boleję.

Dzisiaj patrzę na jego zdjęcia i wciąż w moich oczach pojawiają się łzy. Cierpię, choć to jest nielogiczne zupełnie. Zastanawiam się jak mogłem pozwolić na ingerencję trzeciej osoby. Dlaczego wcześniej nie umiałem powiedzieć, że nie jestem gotowy na kontrolowanie mnie przez kogoś trzeciego. Kocham go wciąż. Cały czas żyje wspomnieniami. Budzę się i zasypiam z nim, w dzień też mi towarzyszy, wszędzie, gdziekolwiek bym nie był.

WIELKI TYDZIEŃ teraz zmusza do postanowień, do rozliczeń do wybaczenia. Grzesiek kocham Cię, wybacz mi i odejdź już.

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

Designed by Web Design Sinci Powered by Warp Theme Framework